wtorek, 14 stycznia 2014

Rozdział II Demony Cześć 9 - 2/2

"Zrodzeni w mroku nocy, dążymy do władzy przez krew, gdyż opętani jesteśmy żądzą dominacji niczym psychopaci i mordercy, którymi jesteśmy. „ Myślisz, że zło nas szu­ka? Wręcz prze­ciw­nie. Go­nimy je, aż nas nie złapie." Jonathan Carroll.

czy już nie wspominałem o mojej nocy? Oh, czyli muszę ci wszystko opisać... Proszę Bardzo. Gdy wziąłem prysznic niemal od razu udałem swe kroki w stronę swojego pokoju spowitego w czerni, nie wiedziałem czemu.. ale podobał mi się ten kolor w pokoju w którym przebywałem. Może to tylko dlatego że nie pochodziłem z ludzi, tu żyjących na ziemi... byłem...demonem, zesłany na tą piękna ziemię by siać zamęt i zniszczenie. Przejechałem swoją dłonią po swojej rudej grzywie, gdzie ta mimo mego uczesania i tak upadła na to cholerne miejsce, drażniąc mnie ponownie. Musiałem ją albo ściąć, albo skrócić. Irytowało. Westchnąłem rozeźlony pod nosem, chowając dłonie do kieszeni od spodni i podchodząc do dużej skrzyni, na której zostały wyryte dziwne znaki. Mogłem spokojnie je odczytać, nachylając się nad wiekiem delikatnie lustrując wzrokiem owy napis. Zwilżyłem końcówką języka swoje wargi, gdzie kąciki ust za chwilkę podniosły się ku górze a moja dłoń otwarła skrzynię, która potem dotykała klingi... Założyłem za pas broń, którą miałem zamiar ze sobą zabrać i ruszyłem na dół, gdzie tam czekał już na mnie Jiro. Zawsze w pogotowiu. Zawsze chciał mi towarzyszyć w takich chwilach i właśnie taka chwila nadeszła. Dzień nocy zgrozy, mroku, krwi i wypełnionej wielką namiętnością.
[...]
Będąc w opuszczonym hangarze, uniosłem delikatnie brew ku górze. Serio? Tutaj się chowały te goryle? Czy to była jakaś popieprzona historia o Mafii i ich bandzie idiotów? Świetnie. Tym lepsza będzie rzeź. Skoczyłem na pobliskie drzewo, by poszukać jakieś dziury albo chociaż wentylacji przez którą mógłbym przejść, byłem dosyć chudym człowiekiem dlatego też nie były dla mnie trudne takie zajęcia. Zmarszczyłem brwi, nasłuchując rozmowy mężczyzn. Oh... Kobieta... Chodziło o kobietę. Czyżby jedna i druga strona zakochała się w tej samej kobiecie? Smutne Kurwa. Nie dożyją nawet jednego dnia by zobaczyć jej kolejną, uśmiechniętą buźkę. Jednak tor rozmów za chwilkę skoncentrował sie na mojej osobie. Cóż... Czyżby dalej był zły o swojego, kochanego, młodszego braciszka? Przecież to on lgnął do mnie jak mucha, nie mogłem się od niego uwolnić ciągle go czymś zbywając. Udało się... Jednak do czasu. Nawet kochany basista był o niego zazdrosny. Zaczynało być wszystko męczące. Podkradłem się bliżej, kucając na gałęzi, by usłyszeć dalsze strzępy rozmowy.
- A wiec co... Myślisz że już go załatwiliśmy?
- Tak, już nie tknie mojego brata. Tknął go by tylko palcem...
- Udusiłbyś. Wiemy...Jednak... ładny był.
- Słucham?
Zaśmiałem się pod nosem, zasłaniając usta otwartą dłonią. Świetnie... bujał się we mnie nawet ten dres. Cóż, ciekawie by było go mieć po swojej drodze aczkolwiek... Chyba miałem inne plany do załatwienia. Przelazłem przez otwór w dachu, cicho stąpając po metalowym podłożu. Schody, również były zrobione z tego samego materiału lecz na samej górze również było coś niemalże podobne do jakiegoś małego składzika, w którym roiło się aż od guzików, przycisków i innego badziewia. Nie miałem zamiaru tego użyć. Wyjąłem nożyk, który miałem przypięty do swego pasa i powoli zakradałem się do trzech zbirów, których nagle nabyło więcej. Tak... to chyba była jakaś popieprzona mafia... Świetnie. Wpadłem. Cholera. Nie może być odwrotu. Najwyżej ludzie mi kiedyś podziękują że ich zabrakło na tym świecie. Jeff czekał na zewnątrz, miał się pojawić wtedy gdyby coś poszłoby nie tak a jestem pewien że pójdzie coś nie tak. Zwilżyłem końcówką języka swoje wargi, celując małym nożykiem w stronę jednego z mężczyzn, obróconego do mnie tyłem, w skórzanej kurtce. Był łysy, na dodatek miał trochę więcej masy niż normalny człowiek. Z pewnością miał ogromną siłę,dlatego tez miałem zamiar zlikwidować go jako pierwszego. Większy problem, potem te mniejsze.. Rzuciłem nic, celując prosto w tył głowy. Zaraz po tym padł jak martwa kukła. Zaczęli się gorączkowo rozglądać, znajdując mnie zaraz na samej górze, pomachałem im uśmiechając się pod nosem a zaraz potem zniknąłem, znajdując się na samym dole z tym samym nożykiem który teraz wbijał się w krtań jednego z goryli. Gdy go wyciągnąłem, krew trysnęła a ja zwinnie bawiłem się moją zdobyczą, czekając na czyiś ruch... Dopiero po chwili zorientowałem się że ktoś jest wokół tego hangaru, nie był to człowiek ale też nie mogłem pozwolić sobie na to by ktoś zobaczył mnie w demonicznej postaci. Szlag. Będę musiał sobie z nimi poradzić w tym ciele. Westchnąłem ciężko, unikając ataku który właśnie został skierowany w moją stronę. Podkosiłem jednego z członków tej bandy, który upadł z głuchym łoskotem na ziemię a sam nakierowałem swój sztylet prosto w serce, swojego, małego oczka w głowie...
Autor: NaNa.

niedziela, 5 stycznia 2014

Rozdział 2 Demony Część 9.

Przepraszam że tak długo musieliście czekać na mój odpis, jednak nie miałam czasu by się za to zabrać. Jednak już dziś on jest :) Po za tym... Mając nowy rok życzę Wszystkim Szczęśliwego Nowego Roku! :D

"Byłem martwym, dopóki nie spotkałem ciebie. Udającym życie, bezsilnym ciałem. Istnienie bez siły, bez możliwości zmiany swego kursu, było podobne do powolnej śmierci."

Kurwa... serio? Schowałem swoją twarz w dłoniach, delikatnie nią kręcąc w geście zaprzeczenia. Zapamiętać... Nie pić w jego towarzystwie. Jak mogłem coś takiego zrobić? Ja? Dobrze że tylko się przelizaliśmy, na jego nieszczęście poszłam spać. Świetnie. Bardzo dobrze. Dobrze że do niczego nie doszło, nie chciałbym mieć jakiekolwiek kontaktu fizyczne w szkole, mimo że już kilku się to udało. Sami chcieli, a ja sam nie mogłem powstrzymać swojego pragnienia. Podniosłem głowa, patrząc na wszystkie potrawy które właśnie kładł na stół, a moja brew delikatnie uniosła się ku górze... Smacznie pachnie. Pierwszy raz będę jeść normalne, zdrowe żarcie zrobione przez jakąś osobę. Jedzenia Jeff'a bym nie tknął, za bardzo bym się bał że może mnie otruć dlatego czasami sam coś przygotowywałem, jednak były to bardzo proste dania albo też czasami jedzenie z proszków. Westchnąłem cicho pod nosem, biorąc Al'a krokieta w dłonie, i zanurzając go w swoich ustach. To było... takie pyszne, mógłbym to jeść cały dzień. No cóż, trzeba było przyznać że do gotowania to miał dar.
- Pyszne. Pierwszy raz jem przyrządzone coś przez kogoś.
Mruknąłem, zjadając jeszcze jednego krokieta. Cóż... warto było jednak zostać na tym śniadaniu, jednak na kija tego, tyle robił? Sam tego wszystkiego nie zjem, po za tym za jakieś dobre pół godziny musiałbym się pokazać mojej niańce. W sumie... Gdzie ten się szlajał cały dzień dopiero teraz dzwoniąc? Mało mnie to obchodzi, jednak to było dziwne. Zawsze gdy znikałem, miałem pełną skrzynkę wiadomości i tysiąc nagrań na mojej poczcie głosowej. Doprawdy. Nie mogłem sobie znaleźć o wiele lepszą niańkę od niej... jednak do kuchni miał zakaz wchodzenia, jak można doprowadzić do tego by woda wyparowała z garnka? Idiota. Czując że już się najadłem, popiłem jeszcze zimną wodę, odkładając puste, szklane naczynie na ciemny blat stołu. I tak zjadłem większość cześć tego co przygotował. To było takie pyszne. Może Jeff nauczyłby się czegoś od niego.
- Chyba zacznę do Ciebie przychodzić na śniadanie.
Uśmiechnąłem się pod nosem, lecz czując wibrację która narodziła się w kieszeni moich spodniach, westchnąłem cicho pod nosem. Ależ niecierpliwy Demon. Będę musiał sie zbierać. Wstałem od stołu, zabierając w dłonie swoją skórzaną kurtkę, która o dziwo leżała na wieszaku a po chwili znalazła się na moich ramionach. Zerknąłem zza ramienia, na chłopaka z którym spędziłem tą jakże iście wspaniałą noc a na mojej twarzy ponownie uniosły się kąciki ust.
- Do zobaczenia w szkole.
Wyszedłem, kierując swe kroki w stronę mieszkania. Nawet jeśli byliśmy daleko, spokojnie bym odnalazł to miejsce, a raczej miejsce w którym przebywałem. Nie wiedziałem jak długo tutaj jeszcze zagoszczę, może rok... dwa. Nie wiem. Na razie bawi mnie kuszenie innych do złych czynów, nigdy nie byłem dobrym dzieckiem więc dlaczego miałbym to zmieniać? Szatan aż cieszy się z takich rzeczy. Schowałem dłonie do swoich spodni, cicho pogwizdując. Szukałem paczki papierosów. Nie było ich. Trudno. Kupię po drodze. Potrzebuję teraz tego trującego dymu, który będzie się we mnie wżerał powoli, aż do mojego umysłu jednak Śmierć i tak nie nastąpi. Parę od ładnych paru lat, będąc u lekarzy zawsze można było zobaczyć idealne wyniki na mojej karcie. Westchnąłem cicho pod nosem, zaczesując swoje rudą grzywkę od góry lecz należąc ona do rzeczy martwych i tak znalazła się na swoim miejscu, jeszcze bardziej mnie dzisiaj irytując. Świetnie.
[...]
Ściągnąłem z siebie czarną, skórzaną odzież rzucając ją prosto w stronę wieszaku,a moje czujne oczy rozglądnęły się dookoła, unosząc delikatnie brew ku górze. Było tutaj tak... czystko, spokojnie i jeszcze nie wyskoczył mi on, z tym swoim cudownym powitaniem. Przechodząc do salonu, uśmiechnąłem się wrednie widząc czarną czuprynę zza oparcie fotela. Spał. Pierwszy raz widziałem go jak śpi. Podszedłem bliżej, nachylając się doń by w końcu wyczuł moją obecność i tak też się stało. Przebudził się a jego czerwone, kocie oczy spojrzały się w moją stronę, na twarzy zaczął zdobić się grymas niezadowolenia.. Najchętniej teraz by mnie zabił. Oh, kochałem tą mimikę... kochałem go denerwować i robić mu na złość. Tak uroczo się wtedy wściekał. Zwilżyłem końcówką języka swoje wargi, prostując swoje ciało by teraz stać nad nim.
- Dzień Dobry śpiąca królewno. Czego chcesz? Nie bez powodu mnie tutaj przytargałeś.
Czarnowłosy usiadł na miękkiej kanapie, przejeżdżając otwartą dłonią po swojej twarzy. Widocznie był zmęczony a za chwilkę jego głos, odbił się o moje uszy. Był zły, mogłem to wyczuć już zanim się tutaj znalazłem.
J: - Gdzie. Ty. Wczoraj. Byłeś?
- Nieważne, musimy coś dzisiaj zrobić. Pomożesz mi w tym. Muszę z kimś odegrać rachunki, poza tym... ich czas się kończy.
J: - Rozumiem...
Wstał, kierując swe kroki w stronę łazienki a ja podszedłem do kuchni, nalewając do szklanki kolejną porcję wody. Była dla mnie dzisiaj jak zbawienie. Byłem ciekaw czy znowu stanie na mojej drodze... i dlaczego nazwałem go swoim "Księciem?" Owszem... podobał mi się, owszem był w moim guście ale cholera jasna... nikt ze mną długo nie wytrwał. Nie, powinienem to ując inaczej oni nie mogli ze mną wytrwać, za dużo kłopotów, nie byłem kimś godnym zaufania. Muszę się przebrać. Teraz. Natychmiast. Skierowałem swe kroki w stronę drugiej łazienki bo w końcu... Czeka mnie noc pełna wrażeń. 

Autor: Nana.



Jeff: